W tym roku niestety udało mi się uczestniczyć tylko w jednym festiwalowym koncercie ale za to jakim! Kobiety, dziewczyny i panie z niewielką pomocą panów :) rozgrzewały publiczność dźwiękami przeróżnymi. Było czego posłuchać a i na co popatrzeć z przyjemnością. Zapraszam. Przed państwem Paulina Bisztyga ze składem kieszonkowym oraz nadmorskie Oczi Cziorne.
niedziela, 16 listopada 2014
niedziela, 9 listopada 2014
Nie miękko i nie słodko czyli Tuff Enuff
Witam po dłuższej przerwie i od razu zapodaję z grubszej rury :). Sprawdzałam wczoraj jak chłopaki po x latach (przynajmniej ja tyle ich nie widziałam) się sprawują. Muszę stwierdzić, że pazurków nie przycięli a i tłuszczykiem też nie obrośli. Chyba, że chodzi o tłuste brzmienie to jak najbardziej. Ostre dźwięki i wysoki poziom decybeli. Tak ma być. Wrócili, nagrali nową płytę i ruszyli w trasę. Powodzenia.


wtorek, 2 września 2014
Robert Plant i koledzy
Pisałam już chyba o tym, że czas letni, przez większość wykorzystywany na odpoczynek i podróże, dla mnie kojarzy się z nadmiarem roboty i goniącymi terminami i dlatego na przyjemności blogowe czasu brak. Jednak pojawiający się ostatnio tu i ówdzie w rozgłośniach "rainbow" przywołał nagłą i nieodpartą chęć nabazgrania trzech słów o wykonawcy.
W czasach licealnych, odległej w czasie i przestrzeni galaktyce :), słuchaliśmy muzyki z monofonicznych magnetofonów a zwyczajem było pożyczanie sobie tzw kaset ze zdobyczną a nieraz zaskakującą zawartością. I tak właśnie pewnego ponurego, jesiennego, wieczoru zostałam rozłożona na łopatki a potem wgnieciona w mozaikę parkietową mojego pokoiku choć głowa dzielnie pozostała jednak gdzieś na wysokości głośnika. I nie mogłam przestać słuchać. Nie bardzo rozumiałam też co się dzieje i dlaczego bo generalnie tkwiłam w klimatach muzycznie alternatywnych. Wsiąkłam na dobre a była to prawie cała dyskografia, jak się nietrudno domyślić, zespołu Led Zeppelin. I ta miłość, choć w dojrzalszej już formie trwa do dziś.
Teleportujmy się teraz szybciutko do roku 2006 i miasta Ostrava gdzie zostałam prawie ale za to niezwykle przyjemnie porwana :) przez koleżanki i kolegów z zespołu Soomood (o nich już było). I tam oto okazuje się ( o ja, niezorientowana, oderwana od małych dzieci, wyrodna matka), że finałową gwiazdą festiwalu Colours of Ostrava jest Robert Plant. Odsuwając myśli o porzuconych i niechybnie osieroconych dzieciach prę w najdzikszy, rozszalały tłum pod samą scenę. No i mam przy sobie jeden atrybut pt. aparat fotograficzny no to go używam. Co prawda nikt wokół mnie takiego nie posiada (hehe), w fosie pusto a ze dwóch ochroniarzy próbuje mnie zabić. Na szczęście tylko wzrokiem bo dzieli ich ode mnie bariera z metalu i falującego tłumu.
Dziś w przypływie sentymentu, odgrzebałam dwa zdjęcia z tego ekscytującego przeżycia. Może kiedyś przyjdzie czas na więcej, na razie drzemią gdzieś głęboko na dysku tuż obok "immigrant song" i "when the levee breaks".
W tym roku w Ostravie ponownie jako gwiazda pojawił się Plant ale ja już niestety wcześniej wykorzystałam swoje festiwalowe okazje. Maybe next time.
W czasach licealnych, odległej w czasie i przestrzeni galaktyce :), słuchaliśmy muzyki z monofonicznych magnetofonów a zwyczajem było pożyczanie sobie tzw kaset ze zdobyczną a nieraz zaskakującą zawartością. I tak właśnie pewnego ponurego, jesiennego, wieczoru zostałam rozłożona na łopatki a potem wgnieciona w mozaikę parkietową mojego pokoiku choć głowa dzielnie pozostała jednak gdzieś na wysokości głośnika. I nie mogłam przestać słuchać. Nie bardzo rozumiałam też co się dzieje i dlaczego bo generalnie tkwiłam w klimatach muzycznie alternatywnych. Wsiąkłam na dobre a była to prawie cała dyskografia, jak się nietrudno domyślić, zespołu Led Zeppelin. I ta miłość, choć w dojrzalszej już formie trwa do dziś.
Teleportujmy się teraz szybciutko do roku 2006 i miasta Ostrava gdzie zostałam prawie ale za to niezwykle przyjemnie porwana :) przez koleżanki i kolegów z zespołu Soomood (o nich już było). I tam oto okazuje się ( o ja, niezorientowana, oderwana od małych dzieci, wyrodna matka), że finałową gwiazdą festiwalu Colours of Ostrava jest Robert Plant. Odsuwając myśli o porzuconych i niechybnie osieroconych dzieciach prę w najdzikszy, rozszalały tłum pod samą scenę. No i mam przy sobie jeden atrybut pt. aparat fotograficzny no to go używam. Co prawda nikt wokół mnie takiego nie posiada (hehe), w fosie pusto a ze dwóch ochroniarzy próbuje mnie zabić. Na szczęście tylko wzrokiem bo dzieli ich ode mnie bariera z metalu i falującego tłumu.
Dziś w przypływie sentymentu, odgrzebałam dwa zdjęcia z tego ekscytującego przeżycia. Może kiedyś przyjdzie czas na więcej, na razie drzemią gdzieś głęboko na dysku tuż obok "immigrant song" i "when the levee breaks".
W tym roku w Ostravie ponownie jako gwiazda pojawił się Plant ale ja już niestety wcześniej wykorzystałam swoje festiwalowe okazje. Maybe next time.
niedziela, 20 lipca 2014
festiwale, festiwale
Niektórzy mówią, że jestem za stara, innych razi mój kolor włosów a ja uwielbiam muzykę i nic na to nie poradzę. Najchętniej opowiadam o niej zdjęciami (stąd fotonotes) ale nie zawsze się da. Dzisiejsze bazgroły przeciętnie i skromnie ubarwione fotkami z telefonu (tak, bo z telefonu to fotki są) dedykuję tym, z którymi fajnie jest dzielić muzyczne doznania, szczególnie na żywo. Howgh.
Mimo nadmiaru roboty i braku czasu, po wielu latach ascezy udało mi się zobaczyć i posłuchać kilku światowych gwiazd odwiedzających rodzime festiwale. Niestety lub stety bez aparatu. Żeby nie przynudzać za bardzo skupię się na headlinerach.
Soundgarden - nie jestem z frakcji Black Hole Sun zdecydowanie preferuję Jesus Christ Pose. W złotych latach martensów i flanelowych koszul, przez niektórych zwanych grunge'em, zajeżdżałam w odtwarzaczu jeden z pierwszych kompaktów jaki pojawił się w domu - Badmotorfinger. Więc moje oczekiwania co do wykonania live były co najmniej spore. No dobrze, panowie mają po dwadzieścia parę lat więcej (hmm, Cornellowi to akurat całkiem nie zaszkodziło) to może entuzjazmu mniej ale liczmy na doświadczenie. No i panowie, co widziałam z daleka, dwoili i troili się na scenie a pan akustyk rady nie dawał. Niestety. I choć słyszałam wiele skrajnie innych opinii (od fanów zespołu i nie tylko) zdania nie zmienię. Żal, rozpacz, rozczarowanie i nerwowe rozglądanie się wokół pt. ale o co chodzi? a w głowie próby odtwarzania utworów z płyt żeby dopasować je do tego co słyszałam, a raczej nie słyszałam, na żywo. Pod koniec, może żeby zostawić dobre wrażenie, zrobiło się lepiej, temu dźwięku. I poprzestańmy na tym. Bisowy Beyond the Wheel zabrzmiał świetnie.
Eric Clapton - legenda, klasa, fach w rękach, światowe hity, nie mój flow. Dziarscy panowie na instrumentach wszelakich, zawodowe brzmienia i nie drażniąca przyjemność w uszach. Taka Layla. Bez większych emocji ale szacunek. Zaliczone. I dowód, że w Oświęcimiu da się ogarnąć technikę dźwiękową.
Life Festiwal, Oświęcim 2014
Faith No More - Niniejszym dziękuję Ozzy'emu Osbourne'owi, że poprosił Pattona i kolegów żeby supportowali jego koncert w londyńskim Hyde Parku. Dziękuję również organizatorom Opener'a, że wykazali się refleksem i sprytem zapraszając ich w ostatniej chwili, na ostatni dzień festiwalu. Tak oto FNM zagrał (ponoć) jedyne w tym roku, dwa koncerty. Więc mogłam i ja uczestniczyć w tej uczcie. Mało tego, dzięki niebytności Faith No More na bilboardach i w związku z tym, nie tak przytłaczającej frekwencji jakiej można by oczekiwać, mogłam przez jakieś trzy kawałki poprzyglądać się zespołowi z siódmego rzędu! Dłużej i bliżej nie jest w moim stylu. Za to muzycznie i wizualnie świetnie. Jakoś tak przez ostatnie lata Mike kojarzył mi się z miękkimi lub wręcz włoskimi piosenkami i prawie zapomniałam, że ten zespół, który koncertuje z rzadka i od wieków nic nowego nie nagrał, pała energią, daje czadu i wodzi na pokuszenie. Tam był hard rock, heavy metal, rock and roll. Mix, który nic a nic się nie zestarzał. Sam Patton, choć się trochę zaokrąglił, głos nadal wydaje z siebie mocny, ostry, dobrze nastrojony a gdzie trzeba wzruszający. Taki lubię. Nawet bardzo. Dla fanów dodam, że zagrali dwa, dotąd nieznane, kawałki co może zwiastować jakieś nowe wydawnictwo? A żeby nie było tylko tak Easy Like Sunday Morning (jak dziś) szkoda, że na polski występ zrezygnowali ze stylizacji czarne koszule + koloratki na rzecz białych strojów. Ciekawe czy mieli jakieś sugestie w tym względzie?
Jack White - czyli Jacek spod Krakowa *. Zastanowiłam się chwilę od kiedy właściwie kojarzę go na scenie. No tak, przez głowę przelatuje mi genialny riff Seven Nation Army (notabene raz słyszany w wykonaniu zakonnika, który z rozwianym włosem, przyjechał cruiserem, kilkaset kilometrów, żeby zabawić kościółkowe ciocie przy ognisku :) ) pokrwawione palce na strunach, jakieś kapelusze, jego spotkanie z Jimmym Page'em w "Będzie głośno". Nic konkretnego. Ale pewne jest, że w moim małym muzycznym światku jego obecność jest coraz bardziej wyczuwalna a kolejne wcielenia co raz zaskakują mnie świeżością i nieoczywistością. Najciekawsze, że w jego wykonaniu, łykam bez szemrania bluesa albo nawet country jakieś. No to pojechałam te 800 kilometrów razy dwa, niewygodnym PKP, żeby przekonać się czy moje przeczucia co do Jacka to nie marketingowe sztuczki specjalistów od wciskania kitu. Hehe, nie myliłam się. Na samo wspomnienie koncertu, do dziś, uśmiecha mi się buźka. Była szczęka zbierana z trawiastej łąki, ciary po plecach, dreszcze emocji i łzy wzruszenia. Serio, serio. Mimo, że White a właściwie John Anthony Gillis miał problemy ze strunami głosowymi, za co długo i serdecznie przepraszał, wyśpiewał i zagrał większość swoich autorskich hitów. Chociaż mnie zabrakło I'm shaking, który lubię. Nie chcąc wpadać w egzaltację :) powiem tylko, że to chyba najlepszy koncert ever na jakim byłam (no może oparł by się Plantowi ale to inna liga). Wszystko grało lepiej niż trzeba, a Jackowi wróżę długą i owocną karierę. Wygląda na ogarniętego chłopaka, ma talent, świadomość, jest pracowity, do tego bezczelnie czerpie garściami z przykurzonych gatunków muzycznych nadając im nowatorskie brzmienia i zamyka je w swoich ciekawie zaaranżowanych melodiach a na dodatek jeszcze (co nie jest bez znaczenia) ma polskie korzenie.
* a taka dygresja: gdyby babcia nie wyemigrowała do Detroit, gdyby matka nie wyszła za Szkota, gdyby nie miał dziewięcioro rodzeństwa, gdyby przypadkiem nie posadził żony barmanki za perkusją, czy cieszylibyśmy się znajomością z pewnym podkrakowskim tapicerem?
Open'er Festiwal 2014
środa, 11 czerwca 2014
Nine Inch Nails w spodku
Ten wpis, czego okrutnie żałuję :( nie będzie zawierał zdjęć. Będą moje 3 grosze o wczorajszym koncercie w Katowicach ( no musiałam coś napisać, no). Długo czekałam, żeby zobaczyć Reznora na żywo (bo reszta zespołu to dość zmienna jest). Jak dla mnie muzycy spisali się na 6 i energią i profesjonalizmem ale mam niedosyt odnośnie nagłośnienia. Nie wiem czy to wina samej hali (nie mam porównania z innymi koncertami światowej ligi w tym samym miejscu) czy też nie okiełznał tego nadworny akustyk. Moja ciekawość (i brak aparatu w rękach) zaprowadziła mnie nawet pod stanowisko nagłośnieniowca w momencie gdy wydawało mi się, że jest tak niedobrze (na początku koncertu), że powinnam zastać go miotającego się w panice nad mikserem w poszukiwaniu lepszego soundu. Niestety, mistrz hebli spokojnie przyglądał się sytuacji. Tak, momentami był jazgot, zanikał to wokal, to gitara, basu jakby mało za to perkusji w nadmiarze. No dobra żale wylane, potem się przyzwyczaiłam albo było już lepiej.
Repertuar składał się z utworów z różnych okresów działalności, bez nacisku na ostatnią płytę. Ku mojej (i chyba większości polskiej publiczności) uciesze dużo materiału z The Downward Spiral. Gdy przyszła pora na Closer (gdzieś w połowie występu), wznieśliśmy z kolegą (Dżizas dzięki za miłe towarzystwo!) mały toast na cześć i już poleciałam z Trentem, który zdołał mnie kilka razy zmiażdżyć i zbombardować zwłaszcza w kilkuminutowej mega industrialnej klawiszowej solówce. I choć szalał po scenie i zalewał potem to w stosunku do publiki nie był zbyt wylewny - cztery razy (policzyłam :) powiedział thank you. Hmmm może to oznaka zawodowstwa ale ja bym wolała żeby dodał coś od siebie. Niesamowite wrażenie robiła za to oprawa świetlno-wizualna. Wirujące reflektory, jeżdżący we wszystkie strony ogromny ekran z wizualizacjami , high-endowa technika świetnie odrealniająca śląskie ufo. Po półtorej godziny czyli na koniec tylko jeden bis ale za to najlepszy jaki mógł być, po prostu Hurt i już było po wszystkim.
Nastawiałam się na ucztę dźwięków w najlepszym wydaniu i tu trochę się zawiodłam ale to nie przeszkodzi mi dalej uwielbiać Reznora i czekać na kolejny koncert, może np w Arenie Kraków?
Ps. Najbardziej jednak żałuję, że nie mogłam pocić się w fosie pod sceną z aparatkiem w łapie a nie widziałam jeszcze fajnych zdjęć z tego koncertu :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




























































